Sznurowanie akademickiego gorsetu, czyli naukowo o typografii

Książ­ka Aga­ty Szy­dłow­skiej to naj­lep­szy dowód na to, jak trud­no jest roz­mo­wy o współ­cze­snym dizaj­nie ubrać w sza­ty nauko­wo­ści. Czy­ta­jąc ją, moż­na wręcz zmy­sło­wo doświad­czyć bólu i zwąt­pie­nia, z któ­rym mie­rzy się każ­dy, kto wie­dzę „ucie­le­śnio­ną” pró­bu­je prze­tłu­ma­czyć na dys­kurs „sko­dy­fi­ko­wa­ny”, „aka­de­mic­ki”. Nie ma się więc co dzi­wić, że naj­lep­sze, naj­bar­dziej suge­styw­ne par­tie zda­rza­ją się wte­dy, gdy autor­ka zapo­mi­na o nauko­wym ąę.

Zacznij­my jed­nak od tech­ni­ka­liów. Książ­ka Od soli­da­ry­cy do Typo­Po­lo. Typo­gra­fia a toż­sa­mo­ści zbio­ro­we w Pol­sce po roku 1989 uka­za­ła się w nowej serii Wydaw­nic­twa Osso­li­neum zaty­tu­ło­wa­nej „Na Jeden Temat”. O pro­jekt typo­gra­ficz­ny wnę­trza i sza­tę gra­ficz­ną okład­ki zadbał Marian Misiak, pry­wat­nie zna­jo­my Aga­ty Szy­dłow­skiej – razem przy­go­to­wa­li Paneu­ro­pę, Kome­tę, Hel. Szki­ce z histo­rii pro­jek­to­wa­nia liter w Pol­sce (Karak­ter, 2015). Misję zła­ma­nia książ­ki powie­rzo­no Rober­to­wi Ole­sio­wi i jego pra­cow­ni d2d.pl, co z mar­szu pod­no­si ran­gę edy­tor­ską publi­ka­cji (mój mąż, pod­glą­da­ją­cy raczej z dosko­ku pęcz­nie­ją­cy w miesz­ka­niu księ­go­zbiór, zapy­tał ostat­nio: czy są jesz­cze książ­ki, któ­rych nie łamie Oleś? Dobre pyta­nie!). Takie przed­wcze­sne wyro­ko­wa­nie jest oczy­wi­ście bar­dzo mylą­ce, w książ­ce Szy­dłow­skiej moż­na zna­leźć miej­sca wąt­pli­we oraz kil­ka babo­li nie­wy­ła­pa­nych w korek­cie tech­nicz­nej, ale… mach­nij­my na to ręką, cało­kształt wypa­da napraw­dę dobrze. Już wię­cej zło­śli­wo­ści nale­ża­ło­by się Per­fek­cyj­nej maszy­nie do czy­ta­nia Rolan­da Reus­sa (d2d.pl, 2017). Jeśli zaś cho­dzi o samą serię, to bar­dzo się cie­szę, że Osso­li­neum nie rezy­gnu­je ze swo­ich tra­dy­cji, a misję wyda­wa­nia ksią­żek ambit­nych, nauko­wych i popu­lar­no­nau­ko­wych zde­cy­do­wa­ło się połą­czyć z pro­mo­wa­niem osią­gnięć mło­dych, obie­cu­ją­cych naukow­ców. Wpraw­dzie naj­więk­szą miło­ścią wciąż pałam do sta­rej serii „Książ­ki o Książ­ce” w opra­co­wa­niu typo­gra­ficz­nym Leona Urbań­skie­go, ale „Na Jeden Temat” też mnie prze­ko­nu­je.

Jak publi­ka­cja Szy­dłow­skiej ma się do zało­żeń wydaw­cy? Muszę przy­znać, że cie­ka­wie. Pod­czas lek­tu­ry trud­no pozbyć się wra­że­nia, że autor­ka nie wie­rzy w dys­kurs nauko­wy. A może, mówiąc pre­cy­zyj­niej, dystan­su­je się od nie­go i mu nie ufa. Zna­na z tek­stów pisa­nych z per­spek­ty­wy kry­tycz­ki dizaj­nu Szy­dłow­ska pró­bu­je się wypo­wie­dzieć w innym, nie­ty­po­wym dla sie­bie języ­ku. I być może dla­te­go zamiesz­czo­ne na koń­cu książ­ki podzię­ko­wa­nia osta­tecz­nie zdra­dza­ją, że w tym gor­se­cie nie czu­je się kom­for­to­wo. Na jed­nej stro­nie, w jed­nym aka­pi­cie kumu­lu­je się cała jej fru­stra­cja. Czy­ta­my o kry­zy­sie, gru­pie wspar­cia, pro­ble­mach, dyle­ma­tach, bra­ku entu­zja­zmu, pod­trzy­my­wa­niu na duchu. Obro­nio­ny w 2015 roku dok­to­rat, będą­cy pod­sta­wą luto­wej pre­mie­ry Osso­li­neum, naj­wy­raź­niej rodził się w praw­dzi­wym bólu.

Na taką nie­jed­no­znacz­ną książ­kę z racji swo­ich zain­te­re­so­wań (oraz oso­bi­stych pora­żek) dłu­go cze­ka­łam. Wie­le razy w gro­nie zna­jo­mych stu­den­tów roz­ma­wia­li­śmy o tym, czy typo­gra­fię da się badać i nauko­wo, sen­sow­nie opi­sy­wać. W koń­cu prze­cież spo­ty­ka­li­śmy się na semi­na­riach poświę­co­nych tej tema­ty­ce, dys­ku­to­wa­li­śmy o niej, a w rezul­ta­cie mie­li­śmy napi­sać swo­je pierw­sze pra­ce nauko­we. W wypo­wie­dziach domi­no­wał pesy­mizm pły­ną­cy ze szkol­ne­go jesz­cze prze­świad­cze­nia, że jedy­nym słusz­nym para­dyg­ma­tem dla badań nauko­wych jest ten ufun­do­wa­ny na moder­ni­stycz­nym racjo­na­li­zmie. Tak wła­śnie koja­rzy­ła się nam świę­ta Aka­de­mia. I tak też chy­ba koja­rzy się ona Szy­dłow­skiej, sko­ro, opo­wie­dziaw­szy się po stro­nie stu­diów kul­tu­ro­wych, wca­le nie mniej zaka­de­mi­zo­wa­nych, cie­szy się, że nie musia­ła się trzy­mać „utar­tych ście­żek w huma­ni­sty­ce” (s. 210). Przy czym nowe ścież­ki w jej uję­ciu tak napraw­dę pocho­dzą z reper­tu­aru aktu­al­nie mod­nych teo­rii. Nie jest to zarzut, tyl­ko stwier­dze­nie. W książ­ce znaj­dzie­my solid­ne opra­co­wa­nie tema­tu odwo­łu­ją­ce się mię­dzy inny­mi do zja­wi­ska poli­tycz­no­ści, anta­go­ni­zmu klas, kolo­nia­li­zmu. Autor­ka chęt­nie mówi o toż­sa­mo­ści i pamię­ci kul­tu­ro­wej, a całość przy­pra­wia jesz­cze ter­mi­no­lo­gią ze słow­ni­ka Pierre’a Bour­dieu. Jest i dys­tynk­cja, i pole, i kul­to­wy w poga­węd­kach polo­ni­stów habi­tus.

Cze­mu więc, cho­ciaż narze­kam, cie­szę się z tej książ­ki? Przede wszyst­kim dla­te­go, że w war­stwie, powiedz­my, „nie­in­ter­pre­tu­ją­cej” jest ona dobrym źró­dłem wie­dzy o histo­rii współ­cze­snej pol­skiej typo­gra­fii. Zarów­no losy zna­ku Soli­dar­no­ści i dopro­jek­to­wa­nej do nie­go soli­da­ry­cy, jak i dzie­je pol­skich kro­jów naro­do­wych czy wresz­cie typo­gra­fii wer­na­ku­lar­nej Szy­dłow­ska przed­sta­wi­ła z podzi­wu god­ną docie­kli­wo­ścią. Cho­ciaż nie zawsze zga­dzam się z jej wnio­sko­wa­niem (na przy­kład co do wypo­wie­dzi Zuzan­ny Rogat­ty, s. 153), to doce­niam umie­jęt­ność zdy­stan­so­wa­nia się badacz­ki wobec przy­ta­cza­nych wypo­wie­dzi. Widać, że lubi ona roz­ma­wiać i – co waż­ne – potra­fi się w wypo­wie­dzi swo­ich roz­mów­ców głę­bo­ko wsłu­chać. Nie ozna­cza to oczy­wi­ście, że odda­jąc głos innym, Szy­dłow­ska rezy­gnu­je ze swo­je­go zda­nia. Gdy docho­dzi do kon­fron­ta­cji pomię­dzy ciska­ją­cym gro­my z wyso­kie­go Ber­li­na Ada­mem Twar­do­chem a zwo­len­ni­ka­mi iden­ty­fi­ka­cji wizu­al­nej Muzeum Sztu­ki Nowo­cze­snej w War­sza­wie, autor­ka nie waha się wytknąć temu pierw­sze­mu kor­po­ra­cyj­nej per­spek­ty­wy widze­nia. Ba, mówi o nie­umie­jęt­no­ści odczy­ty­wa­nia pro­jek­tów przez pry­zmat iro­nii. Tym samym opo­wia­da się po stro­nie admi­ra­to­rów twór­czo­ści Ludo­vi­ca Bal­lan­da, auto­ra kon­tro­wer­syj­nej iden­ty­fi­ka­cji wyko­rzy­stu­ją­cej pismo zna­ne wszyst­kim ze zna­ków dro­go­wych.

Swo­ją dro­gą wybo­ru jakiejś, nie powiem wła­ści­wej, stro­ny nie da się unik­nąć. Pró­ba poka­za­nia typo­gra­fii w kon­tek­ście toż­sa­mo­ści zbio­ro­wych ujaw­nia sil­ne anta­go­ni­zmy – kla­so­we, poli­tycz­ne, geo­gra­ficz­ne, kul­tu­ro­we. W tak zor­ga­ni­zo­wa­nym świe­cie neu­tral­ność nie ist­nie­je. Albo jest się libe­ral­nym inte­li­gen­tem roman­su­ją­cym z este­tycz­ny­mi kon­wen­cja­mi, albo drob­no­miesz­cza­ni­nem tęsk­nią­cym za sty­lem mię­dzy­na­ro­do­wym, albo wresz­cie czło­wie­kiem z ludu, nie­świa­do­mym twór­cą kam­po­we­go Typo­Po­lo. Typo­gra­fia, zda­niem Szy­dłow­skiej, nale­ży do wszyst­kich i do niko­go. To, że każ­dy może się z nią iden­ty­fi­ko­wać i o niej opo­wia­dać, jest tyl­ko jed­ną stro­ną meda­lu. W cie­niu czai się dys­kurs wła­dzy i wyklu­cze­nia. Ci z pozo­ru nie­win­ni, jak Filip Sprin­ger czy Ewa Sata­lec­ka i Artur Fran­kow­ski, oka­zu­ją się nie do koń­ca uczci­wy­mi gra­cza­mi.

Od solidarycy do TypoPolo okładka

A. Szy­dłow­ska, Od soli­da­ry­cy do Typo­Po­lo. Typo­gra­fia a toż­sa­mo­ści zbio­ro­we w Pol­sce po roku 1989, wyd. 1, Wro­cław 2018 (Na Jeden Temat).

Dzię­ku­ję Wydaw­nic­twu Osso­li­neum za życz­li­we udo­stęp­nie­nie mi egzem­pla­rza recen­zenc­kie­go.