Tajemnice stron redakcyjnych

Zanim poszłam na stu­dia edy­tor­skie, stro­ny redak­cyj­ne w książ­kach były dla mnie widocz­ne mniej wię­cej tak, jak słyn­ny napis „cukier wani­li­no­wy”. Dobrze wie­dzia­łam, że „wani­li­no­wy” to nie „wani­lio­wy”, ale i tak czy­ta­łam po sta­re­mu. Rów­nie dobrze zda­wa­łam sobie spra­wę z ist­nie­nia jakichś tam stron na począt­ku książ­ki, ale były to w moich oczach ter­rae igno­tae, któ­rych zresz­tą wca­le nie potrze­bo­wa­łam odkry­wać.

Po pię­cio­let­nim ter­mi­no­wa­niu pośród ludzi zako­cha­nych w dru­ku tytu­la­tu­ra książ­ki sta­ła się dla mnie para­dok­sal­nie jej naj­go­ręt­szą czę­ścią! Nawet nie zauwa­ży­łam, kie­dy zro­dził się ten nawyk roz­po­czy­na­nia lek­tu­ry od prze­ana­li­zo­wa­nia kil­ku pierw­szych i kil­ku ostat­nich stron. Z per­spek­ty­wy cza­su stwier­dzam jed­nak, że nie ma w tym nic dziw­ne­go, a raczej zasta­na­wia mnie, dla­cze­go zaczę­łam robić to tak póź­no. W cza­sach, gdy za bez­re­flek­syj­ną kon­sump­cję może­my łatwo zostać skry­ty­ko­wa­ni przez śro­do­wi­sko oświe­co­nych eko­za­ku­po­ho­li­ków, rów­nież książ­ka jako towar zaczy­na pod­le­gać ide­olo­gii świa­do­me­go kon­sump­cjo­ni­zmu. Sko­ro mania­kal­nie stu­diu­je­my skład paró­wek i treść metek w H&M w poszu­ki­wa­niu 100% mię­sa z szyn­ki i loka­li­za­cji innej niż Ban­gla­desz, to dla­cze­go nie mie­li­by­śmy rów­nie kry­tycz­nie spo­glą­dać na rynek wydaw­ni­czy?

W moim przy­pad­ku moty­wa­cje do czy­ta­nia stron redak­cyj­nych są dwie. Pierw­sza, bar­dziej przy­ziem­na, to oczy­wi­ście wro­dzo­ne plot­kar­stwo połą­czo­ne z zami­ło­wa­niem do rze­czy dobrze zro­bio­nych. Dru­ga doty­czy publi­ka­cji star­szych i wią­że się po pro­stu z pra­cą nauko­wą.

Mecha­nizm książ­ko­we­go plot­kar­stwa naj­ła­twiej wytłu­ma­czyć na przy­kła­dzie histo­rii z nie­śmier­tel­ną redak­tor tech­nicz­ną Wydaw­nic­twa Lite­rac­kie­go. Nie będzie prze­sa­dą, jeśli powiem, że jej nazwi­sko figu­ro­wa­ło chy­ba we wszyst­kich WL-owskich pozy­cjach, z któ­ry­mi mia­łam do czy­nie­nia na polo­ni­sty­ce. Gdy tyl­ko uświa­do­mio­no mi ten fakt, to każ­dą następ­ną lek­tu­rę z spod „Glo­bu­sa” zaczy­na­łam od upew­nie­nia się, czy aby na pew­no i tym razem redak­tor czu­wa­ła. Nigdy się nie zawio­dłam.

Plot­kar­skie śle­dze­nie nazwisk ma też cza­sem war­tość tera­peu­tycz­ną, ponie­waż pozwa­la spoj­rzeć kry­tycz­nie na pra­ce dziś cenio­nych twór­ców i uświa­da­mia, że talent nigdy w stu pro­cen­tach nie odpo­wia­da za osta­tecz­ny suk­ces. Dla oso­by, któ­ra nie bry­lo­wa­ła na szkol­nej pla­sty­ce, świa­do­mość, jak wie­le w pro­jek­to­wa­niu gra­ficz­nym moż­na osią­gnąć cier­pli­wą pra­cą, jest bar­dzo krze­pią­ca. W koń­cu prze­cież nie od razu Kra­ków zbu­do­wa­no, a pierw­sze książ­ko­we makie­ty, tak jak i wszel­ką racz­ku­ją­cą dzia­łal­ność arty­stycz­ną, moż­na bez wyrzu­tów sumie­nia scho­wać mię­dzy juwe­ni­lia.

Gorzej bywa, gdy czy­jeś nazwi­sko poja­wi się w nie­wła­ści­wej książ­ce. Dla każ­de­go pra­cow­ni­ka w tej bran­ży czwór­ka tytu­ło­wa jest for­mą port­fo­lio, jak rów­nież – poten­cjal­nie – wil­cze­go bile­tu. Wpraw­dzie to nie dru­ki, a ręko­pi­sy podob­no nie pło­ną, dzi­siaj jed­nak nazwi­ska wydru­ko­wa­ne w książ­kach, mimo spa­da­ją­cych nakła­dów, mają się bar­dzo dobrze, ponie­waż potra­fią bar­dzo dłu­go indek­so­wać się w Google’u. Kto zaufa redak­to­ro­wi, któ­ry wypu­ścił pla­giat, albo korek­to­ro­wi śle­pe­mu na błę­dy w tytu­łach? Czy widząc, że nowa książ­ka roz­pa­da się przy pierw­szym otwar­ciu, będzie­my chcie­li sko­rzy­stać z usług odpo­wie­dzial­nej za nią dru­kar­ni?

Tu docie­ram do tema­tu ksią­żek dobrze zro­bio­nych. Mam wra­że­nie, że ist­nie­je zależ­ność mię­dzy jako­ścią publi­ka­cji a dłu­go­ścią stro­ny redak­cyj­nej – i jest ona wprost pro­por­cjo­nal­na: im lepiej wyszło, tym wię­cej o tym napi­sze­my. Czy zatem brak nazwi­ska redak­to­ra albo infor­ma­cji o miej­scu wyda­nia może być prze­słan­ką książ­ki edy­tor­sko sła­bej? Oczy­wi­ście. Myślę nawet, że to nie atrak­cyj­na okład­ka, nie szla­chet­ne mate­ria­ły, ale wła­śnie zawar­tość kolum­ny redak­cyj­nej słu­ży wstęp­nej orien­ta­cji, czy mamy do czy­nie­nia z dopra­co­wa­ną publi­ka­cją. Czy­tel­ni­ka moż­na nie­ste­ty bar­dzo łatwo oszu­kać, ser­wu­jąc mu papier obję­to­ścio­wy i dizaj­ner­ską opra­wę. Jeśli jed­nak two­rzy­wo nie idzie w parze z tre­ścią, to naj­prę­dzej obna­ży to wła­śnie stro­na redak­cyj­na pozba­wio­na nazwi­ska korek­to­ra.

Zda­rza się, że tekst dostar­czo­ny przez auto­ra jest tak zły, że naj­le­piej było­by go nie publi­ko­wać. Redak­cja się poci, korek­ta w dal­szym cią­gu reda­gu­je, a i tak osta­tecz­nie wycho­dzi coś led­wie straw­ne­go. I bywa, że pra­cow­ni­cy nie chcą się pod tym pod­pi­sy­wać. Pod­czas stu­diów sły­sza­łam mro­żą­ce krew w żyłach opo­wie­ści zarów­no od począt­ku­ją­cych, jak i doświad­czo­nych redak­to­rów, a moje nie­wiel­kie doświad­cze­nie nie­ste­ty rów­nież to potwier­dza.

Pamię­tam, że w cza­sach oko­ło­gim­na­zjal­nych śmie­szy­ła mnie woj­na na przy­pi­sy w książ­kach Woj­cie­cha Cej­row­skie­go. Wte­dy uwa­ża­łam, że to nie­sa­mo­wi­te, jak moż­na obna­żyć „książ­ko­wość książ­ki”. Zmie­ni­łam zda­nie, gdy w zeszłym roku na kore­pe­ty­cjach uczeń podzie­lił się ze mną swo­ją ulu­bio­ną lek­tu­rą. Nie zdzi­wi­łam się, zna­jąc wła­sne zami­ło­wa­nia w tym wie­ku, że była to Wyspa na pre­rii (2014). Z cie­ka­wo­ści przej­rza­łam, co też nowe­go sły­chać u wydaw­ców słyn­ne­go podróż­ni­ka. I tu na stro­nie redak­cyj­nej zetknę­łam się z dłu­gą prze­mo­wą korek­to­rek (trzech!). Panie żar­to­bli­wie opi­su­ją żmud­ną pra­cę nad tek­stem dys­lek­ty­ka Cej­row­skie­go. Na koniec tłu­ma­czą się z jed­nej rze­czy, któ­rej nie zro­bi­ły na wyraź­ne życze­nie auto­ra. Cho­dzi o inter­punk­cję w sąsiedz­twie nawia­su (mówi o niej zasa­da 437 SO PWN). Podróż­nik uparł się, że krop­ka poza nawia­sem jest nie­lo­gicz­na i powin­no się ją sta­wiać tuż po ostat­nim wyra­zie w zda­niu, a że jego dys­kur­syw­na skład­nia prze­wi­du­je zda­nia w cało­ści pisa­ne w nawia­sie, to tym bar­dziej pro­blem oka­zał się palą­cy. Żar­ty żar­ta­mi, ale gdy wyobra­zi­łam sobie zaku­li­so­we roz­mo­wy z cha­ry­zma­tycz­nym auto­rem, to już nie było mi do śmie­chu.

Książ­ko­we plot­kar­stwo opar­te na tre­ści stron redak­cyj­nych, jak widać, raczej doty­czy pozy­cji z ostat­nich lat. Cze­go zaś szu­ka się w książ­kach star­szych? To już zale­ży od dzie­dzi­ny badań i okre­su. Dla mnie, jako oso­by zaj­mu­ją­cej się nie tak daw­ną histo­rią arty­stycz­nej książ­ki emi­gra­cyj­nej, istot­ne jest wszyst­ko, co mówi o jej fizycz­no­ści, a zatem daty, miej­sca, nazwi­ska, nakła­dy, nazwy firm, uwa­gi tech­nicz­ne. Mniej zaj­mu­ją mnie nato­miast infor­ma­cje o przy­go­to­wa­niu mery­to­rycz­nym i języ­ko­wym tek­stu.

W przy­pad­ku publi­ka­cji star­szych waż­ne jest, by posłu­gi­wać się bar­dziej pre­cy­zyj­ną ter­mi­no­lo­gią, ponie­waż czę­sto się zda­rza, że współ­cze­śnie sto­so­wa­na nazwa daw­niej ozna­cza­ła coś zupeł­nie inne­go. Ter­mi­ny księ­go­znaw­cze bywa­ją napraw­dę zdra­dli­we! Dość powie­dzieć, że stro­na tytu­ło­wa, jaką zna­my z dzi­siej­szych ksią­żek, w śre­dnio­wiecz­nych ręko­pi­sach w ogó­le nie ist­nia­ła, a infor­ma­cje o tytu­le, auto­rze i kopi­ście znaj­do­wa­ły się na koń­cu tek­stu w tak zwa­nym kolo­fo­nie. Rów­nież wcze­sne dru­ki, z począt­ku naśla­du­ją­ce manu­skryp­ty, nie od razu były opa­try­wa­ne tytu­la­tu­rą. Jak poda­je Ency­klo­pe­dia wie­dzy o książ­ce (1971, red. A. Bir­ken­ma­jer), pierw­szą kar­tę tytu­ło­wą w ukła­dzie naj­bar­dziej zbli­żo­nym do współ­cze­sne­go zło­żo­no w 1500 roku. W tej samej ency­klo­pe­dii znaj­du­je się tro­ja­ka defi­ni­cja wspo­mnia­ne­go kolo­fo­nu – w odnie­sie­niu do: śre­dnio­wiecz­nych ręko­pi­sów, sta­rych dru­ków i współ­cze­snych ksią­żek. Naj­cie­ka­wiej wyglą­da frag­ment doty­czą­cy „dzi­siej­szych” (czy­li pocho­dzą­cych pra­wie sprzed pół wie­ku) ksią­żek, brzmią­cy:

Współ­cze­śnie kolo­fon jest odmia­ną *metry­ki dru­kar­skiej, zamiesz­cza­nej na koń­cu dru­ku w for­mie notat­ki infor­ma­cyj­nej, poda­ją­cej nazwę dru­kar­ni, nr zamó­wie­nia, wyso­kość nakła­du, nr zezwo­le­nia na druk i inne dane.

Podą­ża­jąc za odsy­ła­cza­mi, w haśle „metry­ka dru­kar­ska” czy­ta­my:

(…) W Pol­sce zawie­ra nazwę wydaw­nic­twa, kolej­ność wyda­nia, wyso­kość nakła­du, licz­bę arku­szy wydaw­ni­czych i dru­kar­skich, papier (gatu­nek, kla­sa, for­mat, gra­ma­tu­ra, fabry­ka papie­ru), daty odda­nia maszy­no­pi­su do skła­da­nia, pod­pi­sa­nia ostat­niej korek­ty do dru­ku i ukoń­cze­nia dru­ku, nazwę dru­kar­ni, numer zamó­wie­nia, numer zezwo­le­nia na druk oraz cenę kata­lo­go­wą książ­ki. W dru­kach biblio­fil­skich może być nad­to infor­ma­cja o kro­ju czcio­nek oraz nazwi­ska skła­da­czy, metram­pa­ża, maszy­ni­sty, nie­kie­dy intro­li­ga­to­ra.

Nie­trud­no zauwa­żyć, że mię­dzy tak zde­fi­nio­wa­ny­mi metry­ką dru­kar­ską a kolo­fo­nem (w zna­cze­niu trze­cim) nie ma ostrej róż­ni­cy. Była­bym skłon­na trak­to­wać te hasła wręcz syno­ni­micz­nie. Nato­miast tym, co zwra­ca uwa­gę w dru­giej defi­ni­cji, jest wzmian­ka o dru­kach biblio­fil­skich. Mam wra­że­nie, że ta infor­ma­cja, poda­na zupeł­nie na mar­gi­ne­sie i przy oka­zji metry­ki, powin­na być uzna­na za wła­ści­we współ­cze­sne zna­cze­nie kolo­fo­nu (w odróż­nie­niu od stro­ny redak­cyj­nej i metry­ki dru­kar­skiej). Cho­dzi­ło­by zatem o książ­ki celo­wo dru­ko­wa­ne anti­quo modo, czy­li zgod­nie z tra­dy­cyj­ną sztu­ką dru­kar­ską. Ostat­nie stro­ny w tego typu dru­kach bar­dzo czę­sto są miej­scem na tech­nicz­ne uwa­gi – o nakła­dzie, nume­ra­cji egzem­pla­rzy, licz­bie stron, papie­rze, czcion­kach, wyko­rzy­sta­nych tech­ni­kach gra­ficz­nych. Współ­cze­śni arty­ści typo­gra­fo­wie nawią­zu­ją w ten spo­sób do zło­te­go wie­ku dru­kar­stwa. Inna spra­wa, że obec­nie nie­ko­niecz­nie trze­ba dru­ko­wać książ­ki na ręcz­nej pra­sie, by móc do nich dołą­czyć kolo­fon – widać to zwłasz­cza w publi­ka­cjach wydaw­nictw dba­ją­cych o este­ty­kę książ­ki, na przy­kład Karak­te­ru, d2d czy Czar­ne­go.

War­to jesz­cze na koniec wspo­mnieć o istot­nym man­ka­men­cie ency­klo­pe­dii zre­da­go­wa­nej przez Bir­ken­ma­je­ra. Mogła­bym o nim w ogó­le nie pisać, gdy­by nie fakt, że pocho­dzą­ca sprzed pra­wie pięć­dzie­się­ciu lat publi­ka­cja (podob­nie jak Ency­klo­pe­dia wie­dzy o pra­sie Julia­na Maślan­ki, 1976) wciąż jest cyto­wa­na w arty­ku­łach nauko­wych i – co gor­sza – popu­lar­no­nau­ko­wych. Przy­to­czo­ne prze­ze mnie defi­ni­cje kolo­fo­nu i metry­ki dru­kar­skiej zosta­ły in exten­so prze­pi­sa­ne do Wiki­pe­dii (1, 2). W efek­cie żyją swo­im życiem na stro­nie uzna­wa­nej przez nie­któ­rych za pierw­sze źró­dło wie­dzy i (zapew­ne nie­świa­do­mie) wpro­wa­dza­ją jej czy­tel­ni­ków w poważ­ny błąd. Cho­dzi rzecz jasna o frag­men­ty doty­czą­ce cen­zu­ry PRL, czy­li: „pod­pi­sa­nie ostat­niej korek­ty do dru­ku” (przez kogo?), „numer zamó­wie­nia” (jakie­go?), „numer zezwo­le­nia na druk” (czy­je­go?) i „inne dane” (jakie?). Dziś na szczę­ście takich infor­ma­cji na stro­nach redak­cyj­nych nie znaj­dzie­my, pole­cam jed­nak poszpe­rać w star­szych książ­kach, by odszu­kać zwłasz­cza owe „inne dane” – sygna­tu­ry cen­zo­rów (!). Dobrym wpro­wa­dze­niem do tej tema­ty­ki będzie krót­ki film o Toma­szu Strzy­żew­skim pt. Wiel­ka uciecz­ka cen­zo­ra (1999).